sesje zdjęciowe i recenzje gier planszowych

Cthulhu: Dark Providence to tytuł, o którym trudno pisać w kategoriach klasycznej recenzji, dlatego od razu zaznaczę, że

News

Cthulhu: Dark Providence to tytuł, o którym trudno pisać w kategoriach klasycznej recenzji, dlatego od razu zaznaczę, że mam za sobą dopiero sześć partii, nie znam poprzednich edycji i mam poczucie, że to zdecydowanie za mało, aby dać rzetelną recenzję. Zwłaszcza że gra oferuje tak szerokie spektrum możliwości i tak różnorodne konfiguracje rozgrywki, iż pełnoprawna ocena wymagałaby znacznie większej liczby spotkań. Poznałem go jednak na tyle dobrze, że mogę powiedzieć “czym jest”, żebyście całkiem w ciemno go nie brali, tym bardziej, że jesteśmy świeżo po premierze. Tematycznie mamy tu połączenie klimatu lovecraftowskiej intrygi i amerykańskich lat (mniej więcej) 60, w których gracze rywalizują o wpływy, balansując pomiędzy jawną walką a zakulisowymi działaniami. To gra w której możemy zagrać kartę zarówno Nyarlathotepa, jak i Edgara Hoovera, czy Nikola Teslę. Mechanicznie gra sprawia wrażenie przedziwnej hybrydy, ponieważ niby to area control, ale nie do końca. Niby deck builder, ale nie całkiem. Niby social deduction, ale też nie. Niby trochę gramy nad stołem, ale to też nie ten typ gry. Niby kooperacja, ale jednak nie. Jedynie przeciąganie liny wraz z ciągłym blokowaniem przeciwników, jest tu na sto procent. To wszystko składa się na doświadczenie, które w praktyce przypomina jeden wielki, niekontrolowany chaos, w którym sojusze są kruche, przewagi chwilowe, a sytuacja na planszy potrafi zmienić się diametralnie w ciągu jednej rundy 😅 Jeśli chodzi o ukryte role, mam wrażenie, że system nie pozwala na długotrwałe pozostawanie w cieniu, ponieważ tempo rozgrywki i skala interakcji sprawiają, że stosunkowo szybko zaczyna być jasne, kto realizuje jaki interes. Ci którzy oczekują gry z blefem, rozczarują się, ale dla reszty może to być nawet zaleta, ponieważ szybkie odkrywanie kart prowadzi do bardziej otwartej konfrontacji. A, no i tak jak wspominałem na początku, mam za sobą dopiero 6 partii, więc może da się grać dłużej nie odsłaniając swoich intencji, ale mi się to nie udało i raczej nie widzę możliwości/sensu, żeby nie grać od razu pod punkty i wygraną. Od strony wizualnej gra prezentuje się czysto i przejrzyście, poza jedną rzeczą, a mianowicie połączeniami między miastami. Niektóre z nich są narysowane między kartami, czego w pierwszej chwili nie widać. I tak, zrobiłem test KAŻDEMU kto siadał pierwszy raz do gry pytając “czy te dwa miasta są połączone?” i wszyscy odpowiadali: “nie” - a były 😀. No dobra z uwag co do czytelności, to jeszcze raz się zdarzyło, że podstawki zasłoniły komuś ikonki miasta, ale to raczej marginalna rzecz. Gorzej z wykonaniem, ponieważ, podstawki pod agentów rozpadają się, dlatego warto je podkleić. Co prawda raz to zrobicie i z głowy, ale trzeba nad tym posiedzieć. Instrukcja nie jest idealna i niestety nie wszystko wyjaśnia, a tryb solo ma tak tak dużo błędów, że Portal dodrukował poprawione strony, dorzucając je do gry. No i jest jeszcze insert. Znaczy się pseudo insert, bo poza podstawkami nic nie ma tam swojego miejsca, a i to nie wytrzymuje crash testów. W większości recenzji można przeczytać lub usłyszeć, że gra działa wyłącznie w składzie cztero lub pięcioosobowym, z czym nie do końca się zgadzam, ponieważ przy trzech graczach również bawiłem się bardzo dobrze. Celowo użyłem stwierdzenia „nie do końca”, gdyż mam pewne wątpliwości dotyczące balansu. Przy takiej liczbie uczestników najczęściej wyglądało to tak, że dwóch graczy koncentrowało się na jednym torze, a trzeci na drugim, przy czym w naszych partiach zwyciężał niemal zawsze ktoś z tej dwuosobowej „koalicji”, co może sugerować pewną asymetrię presji. Zastanawiam się jednak, czy nie wynika to bardziej z naszego braku doświadczenia, sposobu kontrowania przeciwników albo nawet konkretnego układu kart na początku rozgrywki, dlatego trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czy nie był to zwykły przypadek. Warto też dodać, że w naszych partiach częściej wygrywał buntownik, choć przy tak nietypowej i wielowarstwowej konstrukcji rozgrywki wolałbym wstrzymać się z jednoznacznymi osądami na temat ewentualnego braku balansu. Cthulhu: Dark Providence to przede wszystkim gra dziwna, oryginalna i chaotyczna. Mimo tej całej specyficzności, a może właśnie dzięki niej, bawiłem się bardzo dobrze i stosunkowo szybko odnalazłem się w tym (nie?)kontrolowanym chaosie 🙂. Jednocześnie uważam, że jest to tytuł tak bardzo unikatowy i odbiegający od utartych schematów, iż każdy powinien sprawdzić go samodzielnie i wyrobić sobie własną opinię, zamiast sugerować się moją czy jakąkolwiek inną recenzją, ponieważ w tym przypadku indywidualne odczucia mogą być skrajnie różne. Dziękujemy Portal Games Polska za przekazanie gry do recenzji #planszowki #boardgames #cthulhu #areacontrol #deckbuilding #ukryterole #chaos #miksmechanik #współpracareklamowa